Wynik wyszukiwania: demony
|
|
Duchy Wampiry Zjawy
Duchy Wampiry Zjawy czyli wszystko co bycie chcieli wiedzieć znajdziecie włanie tu Wycieczki zagraniczne! wakacje nad morzem
http://www.duchy-zjawy-wampiry.8o8.pl/
data: 17-07-2008 | szczegóły |
|
|
Dexter Morgan
Dexter serial telewizyjny. Opisy odcinków zdjęcia i ciekawostki. Dexter to amerykański serial TV, który zadebiutował w 2006 roku w płatnej telewizji Showtime i od razu został hitem. Dexter jest serialowym połączeniem wielu gatunków - jest to thriller z głęboko zarysowanym wątkiem kryminalnym. Pierwszy sezon oparty jest o powieść Jeffa Lindsaya "Darkly Dreaming Dexter" (Demony dobrego Dextera). Główną rolę w serialu Dexter gra Michael C. Hall. Tytułowy Dexter jest nieco dziwnym policjantem, którego fascynuje krew. Dexter jest także seryjnym mordercą. Wybiera swoje ofiary wśród przestępców, którym udało się umknąć z rąk wymiaru sprawiedliwości. .
http://www.dexter-serial.info/
data: 16-12-2008 | szczegóły |
|
|
Anioły i Demony[rs],Anioły i Demony[rs]
Anioły i Demony - rzeczywistość czy fikcja?
http://www.vorek.pl/
data: 10-06-2009 | szczegóły |
|
|
Stambuł, Aydede cad, No:8, Talimane
Rezerwat Posets-MaladetaW rezerwacie wznoszą się najwyższe szczyty Pirenejów: Aneto (3404 m n.p.m.) i Posets (3371 m n.p.m.), nazywany także Llardaną. Posets (studnie) są to głębokie jeziora lodowcowe, i tytuł Llardana (płomienista) pochodzi od barwy skał góry. Do masywu Maladety należy Aneto, Pico Maldito (3350 m n.p.m.), Pico Perdiguero (3321 m n.p.m.), Maladeta (3308 m n.p.m.) dodatkowo kilkanaście raczej niższych trzytysięczników. Hotel Villa Gomá - Hotel, Saragossa - Montes Malditos - Przeklęte Góry - mówiono w czasach pierwszych pireneistów o masywie Maladety, w którym przerażały „iglice, gdzie orzeł próżno wypatruje miejsca na odpoczynek, lodowe stromizny i przepaście wypełnione wiecznym śniegiem” (poeta F. Soutras w 1856 r.). Wiodącą na zenit Aneto wąską grań zbudowaną spośród luźnych złomowisk skalnych nazwał jedność z pierwszych jej zdobywców Puente de Mahoma (Most Mahometa). W taki sposób się nazywa, zgodnie z Koranu, zawieszona ponad przepaścią szlak komunikacyjny do Raju, na której czyhają demony (z trudem sprawiedliwym udaje się przespacerować ją bez uszczerbku). Odrębny poszukiwacz, napotkawszy po drodze na Aneto pokaźny pagórkowaty szczyt, wykrzyknął: Pico Maldito (Cholerny Zenit!), co związany mu mędrzec zapisał w charakterze nazwę góry. Hotele w Aragonia - Współcześni turyści, porządnie wyekwipowani, chodzą ongiś przetartymi szlakami oraz nie obawiają się gór ani Zgubionych, ani Przeklętych. Skądinąd zła reputacja jako Montes Malditos przylgnęła aż do masywu z racji błędu w tłumaczeniu jego aragońskiej nazwy Maladeta, zaś która znaczy „najwyższa”.
http://www.hotels-world.pl/index.de.php
data: 18-05-2010 | szczegóły |
|
|
bali
Bali: wyspa bóstw, demonów i małp Ciepłe morze, rafy koralowe, wulkany i tarasy ryżowe, do tego fascynujące obyczaje i ceremonie religijne. Zielona wyspa jest synonimem tropikalnego raju. Nocną ciszę przerywa dobiegający z oddali dostojny i monotonny dźwięk gamelanu. Pod podłogą pokoju hotelowego coś piszczy - pewnie mysz, a może szczur? Na zewnątrz szczekają gekony. Za drzwiami słyszę delikatny szelest. Wyglądam poprzez okno i widzę cień odchodzącej gospodyni, która pod drzwiami mojego pokoju zostawiła ofiarę dla duchów: wiele ziarenek ryżu i kwiatki położone na liściu bananowca. Przed zaśnięciem zdążę jeszcze pomyśleć, że myszy spod podłogi będą miały kolację... Jestem w Ubud, kulturalnej stolicy Bali. Ubud to miasto galerii, tysięcy sklepów, tańca, muzyki, religii, pięknego rękodzieła i wielkiego kiczu. Położone wśród tarasów ryżowych, otoczone brudnymi przedmieściami z setkami sklepów i hurtowni z wyrobami drewnianymi, garncarskimi i tkaninami, położone na skrzyżowaniu ruchliwych, zatłoczonych i głośnych dróg, umożliwia znaleźć swój urok dopiero po bliższym Bydgoszczy. Do Ubud docieram późnym wieczorem po dziesięciogodzinnej podróży i po pokonaniu 120 km. Opuszczam zdezelowanego busika i skręcam w pierwszą nastrojową uliczkę z nadzieją znalezienia noclegu. Intuicja mnie nie myli. Chwilę w późniejszym czasie zaczepia mnie długowłosy chłopak, za którym wchodzę po schodkach do ozdobnej bramy, za którą poprzez nieoświetlone podwórko całe rzeźb, murków zagradzających drogę i koszyczków z ofiarami dla bogów dochodzę do wyplatanego bungalowu z tarasem. To jest mój pokój przez najbliższe dni - bardzo podobny do wszystkich hotelowych pokoi na Bali. W gęstwinie hasają makaki, przeskakują z drzewa na drzewo i domagają się bananów Obudzona bladym świtem przez koguty - drób często hodowany jest tutaj na miejskich podwórkach - wychodzę na ulicę i dostaję się od razu w centrum handlowego życia. - Wejdź chociaż na chwilę, jedynie obejrzyj - zachęcają sprzedawcy. - Masaż, tanio - kuszą salony odnowy biologicznej. - Taxi, transport, motor? - zagadują panowie siedzący przy samochodach. Zakupy i masaż zostawiam na w przyszłości. Korzystając z przyjemnego chłodu poranka zwiedzam miasto. Małpi gaj (Monkey Forest) to najpopularniejszy cel turystów, wyjątkowo tych z małymi dziećmi. W gęstwinie hasają makaki, przeskakują z drzewa na drzewo i z dobrym skutkiem domagają się bananów. Niektóre osobniki są tak bezczelne, że wyrywają jedzenie z rąk spacerowiczów i tak cwane, że trzymając w lewej ręce jednego banana, prawą wyciągają po następnego. Tablice zalecające ostrożność w kontaktach z małpami nie są ulubioną lekturą osób odwiedzających gaj. Widzę, jak rozbestwiony makak zrywa spinkę z włosów dziewczyny, która dopuściła do zbytniej komitywy... Ubud to jednakże przede wszystkim sztuka. W Muzeum Puri Lukisan zgromadzono dzieła sztuki balijskiej z ostatnich dwóch wieków. Jeśli forma słowa artystów jest zróżnicowana, to nie można powiedzieć tego o zasadniczych motywach dzieł: większość przedstawia powykrzywiane twarze demonów. W Muzeum Renesansu Blanco tematyka dzieł artysty jest inna - tu dominuje erotyzm. Warto również odwiedzić Muzeum Sztuki Neka, gdzie można przeanalizować postęp malarstwa balijskiego. Ubud zostawiłam sobie na deser. To podsumowanie podróży po rajskiej wyspie. Żółw-pieszczoch i lasy namorzynowe A początek? Opuszczamy prom z Jawy na Bali i szukamy transportu wzdłuż północnego wyspy. Jest nas kilkanaście ludzi - sami Europejczycy. Ludzie oprócz mnie jadą do Loviny - popularnego kurortu. Ja chcę wysiąść z bemo (tak nazywają się tutaj mikrobusy służące za publiczny transport) w połowie drogi, w miejscowości Pemuteran. 1szy zgrzyt: negocjacje cenowe. Dla miejscowych cena do Loviny to 20 tys. rupii, od nas pragną po 30 tys. Nie posiada też znaczenia, że wysiadam dużo wcześniej. - I tak zajmujesz miejsce w bemo - tłumaczy kierowca łamaną angielszczyzną. W końcu staje na 25 tys., a pokrętne wyjaśnienie kierowcy okazuje się niezgodne ze stanem faktycznym. Do bemo wschodzi tyle ludzi, ile chce wejść. Kto powiedział, że pasażerowie nie mogą wisieć w drzwiach? Do bemo wschodzi tyle osób, ile preferuje wejść Pemuteran to przyjemny, położony na uboczu, luksusowy kurort zdominowany przez turystów niemieckich. Morze jest tak ciepłe, ze wchodzi się do wody bez otrząsania i rozgrzewania, a zarazem jest wystarczająco chłodne, że można w nim pływać z przyjemnością. Nie jest natomiast szmaragdowe, jak prezentują katalogi reklamowe biur turystycznych. Rano posiada konsystencję i kolor krupniku, w południe przypomina rozcieńczoną zupę szczawiową, dopiero po południu robi się błękitne, za to wieczorem staje się czarne. Wybrzeże usiane jest drogimi hotelami i eleganckimi knajpkami, w żaden sposób nie przypomina natomiast turystycznego molochu. Nieogrodzone hotele są niewysokie, drewniane i wyplatane, turystów jest niewielu, a leżaki dostępne są nie tylko dla gości hotelowych. Na każdym kroku są centra nurkowe, organizujące wycieczki na oddalone rafy koralowe. Rafa jest też niedaleko brzegu. Jest ona jednak mocno zniszczona. Wprawdzie australijska organizacja ekologiczna Reef Seen Aquatics usiłuje odbudować rafę, ale z mizernym efektem. Trudno się zresztą temu dziwić - przewodnik, z którego usług korzystam za pośrednictwem tej organizacji, depcze po rafie. Gad co chwila podstawia się do drapania po skorupie, wystawiając z wody łeb i łypiąc wyłupiastym okiem Reef Seen Aquatics zajmuje się nie tylko ochroną rafy, ale również żółwi morskich. Gatunek ten jest zagrożony nie tylko działaniami człowieka, ale i zwierząt. Żółwie żyją na głębokości kilkunastu metrów i wychodzą na brzeg jedynie po to, żeby złożyć jaja. Mięso żółwie uchodzi wśród Balijczyków za przysmak, a amatorami jaj są nie tylko inni ludzie, ale również ptaki i wałęsające się po Bali hordami psy. Skutek jest taki, że jedynie z 1 jaja na 100 wykluwa się mały żółw. Ekologowie wykupują jaja od miejscowych (co zapewne zachęca tych ostatnich do wybierania jaj), a gdy żółwiki się wylegną i podrosną, są wypuszczane do morza. W trakcie mojej wizyty w basenie pływa stadko malutkich żółwi i jeden dorodny osobnik, który po wypuszczeniu do wody za każdym razem wraca do niewoli. Ten dorodny gad co chwila podstawia się do drapania po skorupie, wystawiając z wody łeb i łypiąc wyłupiastym okiem. Pemuteran leży na skraju słynące z bogatej fauny parku narodowego „Bali Barat”. Do parku można wchodzić jedynie pod opieką licencjonowanego przewodnika, ponoć ze względu na obecność dzikich i groźnych zwierząt. Po długich negocjacjach z Yuyu - przewodnikiem udaje mi się ustalić sumę 50$ za trzygodzinną wycieczkę po lesie. Wyruszamy o świcie. Las namorzynowy tonie w śmieciach, które pozostały po ceremonii religijnej z poprzedniego dnia, w lesie monsunowym zaś najciekawszymi okazami fauny okazują się makaki. Tyle, że by na Bali obejrzeć te złośliwe małpki, nie należy płacić 50$ - są one na każdym kroku, gdzie wyłącznie można uzyskać cokolwiek do jedzenia. Największą atrakcją jest sam las: ciemnozielony, gęsty, z lianami, chaszczami, jarami i przejściami nad rzekami po przewróconych drzewach. Pytam o niebezpieczne zwierzęta. - Dziesięć lat temu widziałem pytona - śmieje się Yuyu. Kraina tysiąca świątyń Na wschodnie wybrzeże jadę poprzez środek wyspy. Mijam najwyższą górę Bali - wulkan Gunung Agung (3142 m. n.p.m.), natomiast nie jest mi dane podziwiać widoki, bo z nieba leją się strugi wody. Wręcz pora sucha nie zapewnia słonecznej pogody. Nieciekawa aura nie stoi na przeszkodzie podziwianiu świątyń. A jest tu co podziwiać. Balijczycy są ludźmi niebywale religijnymi. Wyznają hinduizm, a właściwie jego lokalną odmianę, z domieszką animizmu i wiary w demony. W każdej wsi są trzy świątynie: jedna poświęcona Brahmie - stwórcy, druga Wisznu - bogu podtrzymującemu życie i trzecia Sziwie - bogu zniszczenia i śmierci. Jest też multum świątyń rodzinnych i nieznacznych kapliczek. Życie religijne Balijczyków nie jest ograniczone do modlitw w świątyniach. Dzień zaczyna się od złożenia ofiary, ryż, owoce i kwiaty w koszyczkach z bananowych liści znajdują się pod każdymi drzwiami, na ulicach, przed sklepami, w taksówkach. W ten metodę uspokaja się złe duchy, a dobrym zatrzymuje przy sobie. Święta są w wielu wypadkach niż co drugi dzień - jest ich rocznie około 200. Świątynie posiadają różną rangę. Odwiedzam wiele „bardziej niebagatelnych”. Pura Pulaki wznosi się nad samym morzem, w stronę którego wychylają się rzeźbione smoki. Na dziedzińcu świątyni grasują makaki, najwyraźniej przyzwyczajone do tego, że mają tu stołówkę. W Pura Beji i Pura Maduwe Karang uwagę przyciągają bogato zdobione, pełne detali rzeźby przedstawiające sceny z życia bogów. Do położonej na wzgórzu świątyni Pura Kehen wchodzi się po schodach, a następnie przez rzeźbioną bramę. Na pierwszym dziedzińcu wpleciony w splątane gałęzie gigantycznego drzewa banyan jest bęben alarmowy. Na wewnętrznym dziedzińcu znajduje się kaplica poświęcona trzem bogom: Brahmie, Wisznu i Sziwie. Balijczycy do perfekcji opanowali zarabianie na turystach i i do świątyń wpuszczaja dopiero po uiszczeniu „dobrowolnej” ofiary. Jedynym wyjątkiem jest świątynia buddyjska - tu ofiara jest dobrowolna. Poza zapłacenia ofiary powinno się wypożyczyć bądź zakupić sarong - bez niego wejść na teren świątyni nie można. Mam swój sarong, więc muszę płacić za sasz - pas podtrzymujący sarong. Jeśli nie za sasz, to za oprowadzenie po świątyni, ograniczające się w zasadzie do towarzystwa. „Prawdziwe” Bali - Jeśli chcesz poznać prawdziwe Bali, jedź na wschodnie wybrzeże wyspy - poradził mi kilka dni wcześniej sympatyczny Jawajczyk. Posłuchałam jego rady i tak trafiam do Padangdbai - niedużego portowego miasteczka z dwiema uroczymi plażami. Jedna z nich - Blue Lagoon Beach uchodzi za jedną z najpiękniejszych na Bali. Bardzo dobra reputacja jest zasłużona: plaża jest piaszczysta, cicha, otoczona lasem. Kilkadziesiąt metrów od brzegu jest dobrze zachowana rafa koralowa. Jedynym minusem są silne prądy, które potrafią zepchnąć na skały nieostrożnych amatorów życia podwodnego. Gdy siedzę w knajpie i popijając świeży sok z mango czytam wydruki porad z internetowego forum, gdzie ktoś radzi zobaczyć pogrzeb na Bali, dostrzegam za oknem przemykającą w pośpiechu grupę kilkudziesięciu ludzi, podążającą za drewnianymi noszami, na których ani chybi leży nieboszczyk. Co za zbieg warunki! śpiesznie płacę i ruszam za konduktem. Kondukt dobiegł - bo tak można nazwać jego tempo - do trawnika w centrum (jak się okazuje, jest to cmentarz). Kiedy tam docieram, nieboszczyka kładą w tym momencie na drewnianym rusztowaniu, które następnie zostaje podpalone, analogicznie jak położone obok rzeczy spersonalizowane zmarłego. Zwłoki płoną dwie godziny, a w tym okresie czasu trwają przygotowania do następnej ceremonii. Na cmentarz trafiają kolejne kosze z ofiarami dla bogów i duchów, misternie ułożone kwiaty i pokarm. Posiłek jest też dla osób - którzy tradycyjnie ubrani w sarongi - siedzą wokół ognia i rozmawiają, podczas gdy pracownicy firmy pogrzebowej czy tez inni organizatorzy ceremonii długimi pogrzebaczami mieszają w krematorium. Po Ci polewają wodą popiół i przekładają go do naczynia, które w sąsiedztwie świeżych pędów roślin, białych płócien i darów ofiarnych kładzione jest w miejscu spalenia, po czym zaczynają się modły. Prochy trafią później do morza. W gronie ryżowych tarasów Tirta Gangga to malownicza wieś położona wśród niewysokich wzgórz. Na miejscu kupuję mapkę - narysowaną odręcznie i skopiowaną, ale bez zaznaczonej skali. I ruszam. Najpierw do pałacu na wodzie, tonącego w morzu barw: różnych odcieni żółci, pomarańczy, czerwieni, amarantu. Orchidee, magnolie, hibiskusy - tysiące kwiatów otacza stawy, mostki i pawilony. Wegetacja trwa tu cały rok, ryż jest więc w różnorakich stadiach uprawy Następnie wędruję po wsiach. Wieś ciągnie się za wsią, w w gronie wsiami są tarasy ryżowe. Wegetacja trwa tu całe 356 dni w roku, ryż jest więc w różnych stadiach uprawy: na jednych polach dopiero wychodzi z świata, inne pokrywa soczystą zielenią, na kolejnych jest suchy i żółty i przypomina ciut nasze proso. W każdej wsi prawie każdy człowiek poczuwa się do obowiązku zagadania do „Hallo! Where are you going”, a prawie każdy pies do obszczekania mnie. Do tego dochodzą hordy dzieci, które przekazują mnie palcami i próbują dotknąć. Czuję się nie jak turystka, niemniej jednak jak obiekt turystyczny. We wsi Budakeling słyszę dobiegające z dwóch stron dziwne zawodzenie poprzez mikrofon. Idę tam, skąd dochodzi głos i trafiam do świątyni, na dziedzińcu której kręci się tłum ludzi. Proszą mnie do środka i wyjaśniają, co się dzieje. Trwają przygotowania do Galugun - święta, gdy bogowie mają zstępować do świątyń, a które będzie jutro obchodzone. Na dziedzińcu świątyni posiada miejsce nie tylko próba mikrofonu, niemniej jednak także przygotowanie jedzenia na ceremonię - na dziedzińcu świątyni znajduje się mięso na różnych etapach przetwórstwa - skończywszy na krojonych kawałkach, a poczynając na żywej, związanej, leżącej smętnie z wyrazem zrezygnowania na ryjku świni. Przygotowania do Galugun trwają też w dwóch w pozostałych świątyniach. Mieszkańcy znoszą pożywienie i ustawiają bambusowe tyczki przystrojone liśćmi i owocami, trwa próba gamelanu. Mężczyzna odpowiedzialny za organizację uroczystości zaprasza mnie do uczestnictwa. Żałuję, że nie mogę zostać tu dzień dłużej... Informacje praktyczne Lata turystycznej świetności Bali podobno posiada już za sobą. Po zamachu terrorystycznym w 2002 r. turyści zniechęcili się do wyspy. Po kilku latach ruch turystyczny zaczyna się ożywiać, ale podaż ofert turystycznych nieustannie przekracza popyt. Do wjazdu do Indonezji niezbędna jest wiza. Można ją uzyskać z ambasadzie w Poznaniu, 30-dniową wizę upon arrival można otrzymać na lotnisku. Do Indonezji doleciałam liniami KLM. Bilet do Dżakarty kosztował 2500 złotych. Noclegi na Bali są niedrogie. Pokój ze śniadaniem, niemniej jednak bez ciepłej wody, można zdobyć już za 7$, pokój z ciepłą wodą za 12$. Ceny jedzenia zależą od miejscowości, obiad można zjeść za 2-10$. Niskie ceny noclegów i wyżywienia miejscowi rekompensują sobie wysokimi opłatami za dodatkowe atrakcje, np: za 3-godzinną wycieczkę snorklingową w morze trzeba zapłacić od 20 do 50$, godzina z przewodnikiem na rafie koralowej to koszt pięć$, wypożyczenie maski, fajki i płetw 6$, 8-godzinna wycieczka do parku narodowego - 80$. Ceny w dużej mierze zależą od zdolności negocjacyjnych. Jeżeli chodzi o transport, to do wyboru mamy autobusy (na długich trasach), bemo - mikrobusy pokonujące krótkie odcinki (ok. 20 km), odjeżdżające wówczas, gdy są całe, shuttle busy - zorganizowany, nietani i niekoniecznie ekspresowy, ale i tak najszybszy sposób przemieszczania się, polegający na tym, że turyści z różnorakich miejscowości kupują bilety do miejsca docelowego i są tam przewożeni. Ponieważ turystów jest stosunkowo niewielu, nie opłaca się organizować busa z miejscowości A do miejscowości B. W związku z tym każdą w miarę turystyczną miejscowość opuszcza gruchot wypchany pasażerami jadącymi dokądkolwiek, a następnie w punktach przeładunkowych turyści są upychali w kolejnych mikrobusach. Takich punktów przeładunkowych w pewnych przypadkach jest w ciągu dnia parę. Wieczorem dojeżdża się do celu. Można też wynająć samochód - najlepiej z kierowcą -za ok. 50$ dziennie. Samodzielni turyści mogą wypożyczyć motor albo skuter, niemniej jednak należy mieć na uwadze ruch lewostronny i dość intensywny w porównaniu z Europą. W Indonezji funkcjonuje również coś wśród motorowym autostopem a taksówką, co nazywa się ojok - jest to zwerbowany na poczekaniu kierowca motoru, który za niewysoką opłatą podwozi w pożądane miejsce. Na Bali warto korzystać z masaży, które dostępne są na każdym kroku. Oferują je hotele, ośrodki spa, salony i saloniki na ulicach, masażyści oferują usługi na plażach. Nie wszyscy ludzie masażyści są wykwalifikowani, warto popytać się miejscowych przed skorzystaniem z masażu. Ceny fachowych masaży rozpoczynają się od 8$.
http://www.ka-talog.pl/info-2649.html
data: 23-05-2010 | szczegóły |
